W jakim materiale najlepiej się rzeźbi? Co zrobiłby gdyby wygrał w totolotka? Kto jest „kontrolerem” jakości jego rzeźb i która z nich jest najważniejsza? Na te i wiele innych pytań odpowiedział rzeźbiarz-samouk z Żarnowca Robert Mróz.
- Rzeźbiarstwo to dla Pana taka odskocznia od codzienności? Bo jak się domyślam, nie jest to sposób na życie?
Na pewno to nie jest sposób na życie, sądzę że może dwa procent rzeźbiarzy z tego żyje i są to artyści. Rzeźbię, bo po prostu lubię to robić, dobrze Pan to ujął – jest to dla mnie taka odskocznia, reset. Ktoś kto pracuje w biurze, popołudniem zażywa wysiłku fizycznego, z kolei ja pracując fizycznie, potrzebuję takiego hobby umysłowo-manualnego, rzeźbiarstwo sprawdza się więc idealnie.
- Z jednej strony pasja, z drugiej życie zawodowe i obowiązki domowe. Z czegoś trzeba zrezygnować, ograniczyć. Co wówczas wygrywa?
Najpierw trzeba załatwić, uregulować te kwestie najważniejsze, a dopiero potem zabrać się za tworzenie. Jeśli w pracy jest ok, w domu też i jest spokojna głowa – wtedy się rzeźbi. Jeśli coś Cię trapi – nie ma mowy o rzeźbieniu. Troski trzeba zostawić za drzwiami pracowni.
- Gdy jest Pan poza domem, odczuwa Pan pewnego rodzaju tęsknotę do swojej pracowni, do tych gotowych rzeźb, ale też do miejsca, gdzie tworzą się nowe realizacje?
Kiedy wyjeżdżam, po prostu się od tego odcinam. Nie jest tak, że nawet mając wolny czas, szukam okazji by coś wyrzeźbić. Jeśli trafi się jakiś kawałek drewna, w którym dostrzegam ten twórczy potencjał, zabieram go ze sobą, tutaj odpowiednio przechowuję i czeka sobie na realizację. Pracownia jest w domu i tego się trzymam.
- Bywa tak, że najbliżsi podglądają jak Panu idzie?
Jest taka zasada, że nie pokazuje się dzieła, które nie jest skończone i to jest święta prawda więc jeśli coś zostawiam, przykrywam tak by nikt nie widział. Nie mogę słuchać sugestii w trakcie pracy, gdy nie dotarłem do ostatecznej warstwy. Wystarczy jeden ruch dłuta przy ustach i albo się ktoś śmieje, albo płacze – to jest moment, jedno nacięcie. Dopiero, gdy ja osobiście stwierdzę, że rzeźba jest gotowa wtedy „odbioru” dokonuje żona. Ja biorę sobie do serca te uwagi lub nie, to zależy (śmiech). Nieraz, gdy za długo i zbyt głośno stukam, żona wtedy także daje mi sygnał z góry, że może już na dzisiaj wystarczy. Z kolei innym razem dopytuje: „jak to, nic nie rzeźbisz?”.
- Pamięta Pan w jaki sposób zrodziło się w Panu zamiłowanie do rzeźbienia i kiedy to wszystko się zaczęło?
Kiedyś w szkole wykonywało się ex libris, z wykładziny wycinaliśmy swoją pieczątkę, którą oznaczaliśmy książki. Sklejałem modele samolotów, robiliśmy też łódki z kory, do czego przydatne były dłuta. To wszystko było w okresie młodości. Potem to wszystko jakby poszło na bok, ale trafiając na różnego rodzaju wystawy, kiermasze pomyślałem „nie święci garnki lepią”. Skoro ktoś to tworzy, to dlaczego ja mam nie spróbować. I tak się to zaczęło w 2017 roku od rzeczy które były po prostu użyteczne, przez prezenty na różne okazje. To było jesienią, a już na mikołajki otrzymałem od żony prezent w postaci kompletu dłut i potem to już poszło i przerodziło się w rzeźby. Bywało, że czułem euforię z tego co robię, do tego stopnia, że trudno było mnie odciągnąć od rzeźbienia choćby na obiad. Teraz jest już trochę inaczej, najpierw ogarniam to co potrzeba, a potem przystępuję do pracy, na spokojnie 3-4 godziny dziennie.
- Ile rzeźb udało się już Panu stworzyć?
Myślę, że powoli dobijam do dwustu rzeźb, aż sam się dziwię że tyle tego powstało.
- Jak długo trwa droga od powzięcia pomysłu do uzyskania efektu końcowego?
To zależy jak bardzo woła do mnie ten klocek. Jeśli robi to głośno, to po dwóch dniach już krzyczy, ale jeśli jest toporny to schodzi troszkę dłużej (śmiech). Do tej pory spaliłem chyba tylko jedną rzeźbę, ponieważ okazało się, że w środku drzewa jest próchno. Nie zdarza się, że coś idzie na straty. Gdy już coś zaczynam, to tak jakbym nadawał życie temu przedmiotowi i boje się mu to życie odebrać więc to musi być zakończone, nieważne czy będzie piękne, czy nie do końca. Wszystko oczywiście zależy od tego, jak to jest skomplikowane. Misę robi się szybko, ale np. anioła, czy płaskorzeźbę kościoła znacznie dłużej. W przypadku kościoła było to jakieś dwa tygodnie po 3-4 godziny dziennie. Rozpocząłem od wydruku zdjęcia, następnie rozdzielenie proporcji wież do całej reszty, odpowiednie rozrysowanie. Na końcu satysfakcja była duża. Gdybym miał wykształcenie plastyczne, w kierunku rzeźbiarstwa, te perspektywy byłyby lepsze, ponieważ sam dostrzegam niedociągnięcia. Myślę, że gdybym wygrał w totka to pierwsze co bym zrobił, zapisałbym się na studia w tym zakresie, bo moim marzeniem jest wyrzeźbić czyjąś twarz ludzką 1:1 w płaskorzeźbie.
Materiał, czeka na "swój czas"
- Czyli jest to praca wieloetapowa.
Wyróżniam trzy fazy rzeźbienia. Pierwsza to taka potrzeba: jest piękny klocek, czuje się ten zachwyt, wpada myśl, że szybko się to wykona i nagle pojawia się taka sinusoida w dół: „po co ja to przyniosłem, kiedy ja to zrobię, ile to pracy – ta twarz, ręce…”. Potem po jednym lub dwóch dniach ta sinusoida wznosząca powraca, a gdy w materiale objawia się to co było na początku w głowie to wzrasta adrenalina i człowiek jest zadowolony. Z wykończeniem nie ma już problemu. Potem jest ta kontrola jakości, o której wcześniej wspomniałem (śmiech). Gdy się to robi, widzi się to inaczej. Widzi się sercem i duszą, jak to było jeszcze „gołe”, a potem się rodziło. Dobrze jest, gdy na efekt końcowy popatrzy jeszcze ktoś innym spojrzeniem.
- Skąd czerpie Pan inspiracje do swojej twórczości?
Kiedyś kupiłem książkę o rzeźbiarzu z Podhala, który pisał, że dla niego największą inspiracją była podróż do Krakowa, gdzie mógł zobaczyć ołtarz mariacki. Dzisiaj świat jest bardzo otwarty, możemy podróżować, podziwiać, robić zdjęcia. Wszystko jest też w Internecie, dobrze sprawdzają się np. grupy facebookowe, gdzie podczas burzy mózgów dostaje się takiego pozytywnego impulsu do działania. Źródeł inspiracji jest więc sporo.
- Czy obecnie pracuje Pan nad jakąś rzeźbą?
Kończę teraz misę, której potrzebuję na prezent. Dzisiaj, gdy wszyscy mają wszystko, dużym uznaniem cieszy się rękodzieło. Ogromnie się cieszę, gdy coś komuś podaruję i po jakimś czasie spotykamy się z tą osobą u niej w domu czy biurze i ta rzeźba nadal jest w tym samym miejscu, gdzie reszta wystroju już zdążyła się zmienić. Miło jest też, gdy ktoś tę rzecz użytkuje, to znaczy że jej dotyka, potrzebuje i wtedy też sobie przypomina o kimś, kto ją wykonał.
- Między wierszami często używa Pan słowa „niepowtarzalny”.
Zawsze dążę do tego, by rzeźba była niepowtarzalna. Gdyby ta misa była gładka, nie byłoby w niej nic szczególnego, ale poprzez dodaną parzenicę, ma swój urok i tę niepowtarzalność, którą chcę nadawać każdemu nawet użytkowemu przedmiotowi. Dłuta są mniejsze, większe, okrągłe, płaskie, trójkątne, wystarczy tylko wystemplować wzór i wychodzi nam coś pięknego. Schodzi to dłużej, ale efekt jest taki, że nie ma dwóch identycznych przedmiotów.
- Rzeźba, z której jest Pan najbardziej dumny to…
Chyba ze względu na detale – grajkowie siedzący na ławce. Mam do niej szczególny sentyment i za żadne pieniądze bym jej nie sprzedał. Ona zostanie po mnie dla pokoleń.
Robert Mróz ze swoją ulubioną rzeźbą
- Drewno to przynajmniej według mnie taki fundament dla rzeźbiarstwa, a czy próbował Pan rzeźbić w innych materiałach?
Nie próbowałem, do tego są potrzebne inne narzędzia, z resztą nigdy mnie to nie pociągało. Ja kocham drewno, zawsze było gdzieś w moim otoczeniu. Lubię też spacerować po lesie. Drewno zawsze jest miłe w dotyku, mogę porównać je do skóry kobiety.
- Z jakiego drzewa pozyskuje Pan materiał do swoich prac?
To zależy, co wykonuję. Misy do podawania posiłków, które robiłem dla KGW w Długiem czy stolnice robi się z lipy bo np. dąb wytwarza kwas, poza tym naczynie wykonane z lipy jest mniej podatne na zabrudzenia. Może lżej jest pracować w lipie, która jest miękka, ale ja wolę pracować w twardym materiale, jak dąb czy buczyna, bo lepiej wykonuje się w nim detale. Przy lipie dłuto wchodzi zbyt miękko i można łatwo zepsuć ten materiał jednym fałszywym ruchem.
- Skoro sztuka to i wystawy. Czy pokazał Pan już swoje dzieła jakiemuś szerszemu gronu odbiorców?
Tak, na Festiwalu Twórczości Ludowej Nuta w Jedliczu, w ubiegłym roku na Spotkaniu Twórców Gminy Jedlicze w Domu Ludowym Jedlicze-Borek i w Rzeszowie na Wojewódzkim Biennale im. Antoniego Rząsy. Na więcej jakoś do tej pory nie pozwalał czas. Z moich rzeźb korzystają przy różnych okazjach także panie z KGW, gdzie zdobią ich stoisko. Myślę, że kolejne wystawy jeszcze przede mną, jestem otwarty na współpracę. Na razie cieszą mnie odwiedziny znajomych i wszystkich chętnych, którzy chcą zobaczyć to czym się zajmuję i zachwyt tych osób jest dla mnie najlepszą nagrodą.
- Czy każdy może przyjechać do Żarnowca i zwiedzić Pańską galerię?
Tak, oczywiście. Jeśli ktoś to docenia to jest mi bardzo miło. Gorąco zapraszam!
- Dzisiaj sztuka na dobre rozgościła się w Internecie? Czy pokazuje Pan efekty swojej pracy np. w mediach społecznościowych?
Od czasu do czasu zamieszczam zdjęcia moich prac na Facebooku.
- Serdecznie dziękuję za rozmowę i życzę niewyczerpanych pokładów inspiracji.
Również bardzo dziękuję!
Rozmawiał Paweł Wajda
Zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć.